Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/tantum.w-skutek.bydgoszcz.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
jego groźby wciąż jeszcze rozbrzmiewały jej w uszach.

- O Boże! - jęknął pobladły Drax. Szyby były wybite, frontowe drzwi stały otworem,

- Od dziś możemy tęsknić za sobą nie rozstając się - powiedział Mały Książę i z przekorną czułością drażnił kolec
- Bo słuchałeś tylko uszami - przekomarzała się Róża. - Powiedziałam ci właśnie, iż najpiękniejsze w pocałunku jest
- A czy już nie tęsknimy?... - westchnęła Róża wtulając się w dłonie Małego Księcia.

pierwszy.
słowami...
Nie mogła, ale musiała.
A Mark? Do końca życia pozostanie sam, bez żony, bez dzieci. Sam ze swoim smutkiem i cieniami przeszłości.
- Akurat to jestem w stanie zrozumieć. Gdybym musiał bez przerwy znosić Jeana-Paula, też bym zaczął pić, żeby nie zwariować. To był straszny człowiek, uwierz mi.
rzucić z lęku czy niechęci przed uwikłaniem się w coś po¬ ważniejszego. Dlatego on cię wyleczy z uciekania przed uczuciem. Nie możesz przez całe życie uciekać.
- Dyżurny odebrał telefon około piątej nad ranem. Od razu wysłaliśmy człowieka, ale zanim dotarł do hotelu, Watkins zdążył się zmyć. Beck spojrzał na Sayre, zlustrował ją od stóp do głów, a potem spojrzał jej w oczy. - Nic ci się nie stało? Czy on... Sayre spuściła głowę, trzęsąc się, gdy odpowiadała na niedopowiedziane pytanie Becka: - Groził, że mnie skrzywdzi, ale tego nie zrobił, poza tym - dotknęła policzka w miejscu, gdzie skaleczył ją nóż Klapsa, gdy przestraszył się klimatyzacji. - Podskoczył na niespodziewany dźwięk. Nie sądzę, że chciał mnie zranić. - Wraz z Wayne'em zapoznaliśmy się z oświadczeniem Sayre, które złożyła oddelegowanemu na miejsce funkcjonariuszowi. Nie słyszeliśmy jednak całej opowieści. Sayre uznała, że powinieneś przy tym być. Beck skinął głową, zatopiony w myślach. - Co zrobił Watkins? Włamał się do pokoju? Sforsował drzwi? - Otworzył zamek wytrychem. Nie założyłam łańcucha na drzwi, co było głupie. Obudziłam się i zobaczyłam go. - Jezu. - Nie spodziewam się, że zdradził pani miejsce swojej kryjówki - wtrącił Scott. - Nie. Bynajmniej. - Czy zauważyła pani, w którą stronę odjechał po wyjściu z motelu? - Nie, ale musiał się oddalić pieszo. Nie słyszałam warkotu motocykla. - Skąd wiedział, gdzie się pani zatrzymała? - Zapewne nie było trudno mnie zlokalizować. W mieście są dwa hotele. Drogą eliminacji. Zauważyła, że bezsensowne pytania Scotta zaczynają irytować Becka. - Może odpuścisz sobie te głupie pytania i pozwolisz Sayre opowiedzieć, co się wydarzyło - rzucił. - Doskonały pomysł - poparł go Rudy, zanim detektyw miał szansę odpowiedzieć na upokarzającą uwagę Becka, - Sayre, zacznij od początku. Nie będziemy ci przerywać. Czego chciał od ciebie Klaps? - Chciał, żebym przekazała ci wiadomość. - Pominęła seksualne wycieczki słowne Watkinsa, jako niemające żadnego znaczenia dla informacji, którą Klaps przeznaczył dla uszu szeryfa. Zgodnie z obietnicą Rudego, nikt jej nie przerywał. - To wszystko. Niemal słowo w słowo. Po krótkim milczeniu Scott zapytał: - Czy próbowała pani ucieczki? - Bałam się, że jeśli spróbuję ruszyć w stronę drzwi, wbije mi nóż w plecy. Jest chudy, ale przegrałabym z nim każdą szarpaninę. - Nie krzyczała pani? - Na początku nie mogłam, ponieważ trzymał rękę na moich ustach. Kiedy mnie puścił, nie krzyczałam, ponieważ nie chciałam go sprowokować do użycia noża. Poza tym, jak miałoby mi to pomóc? Nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. Rudy pocierał zapadnięte oczy. Jego skóra nabrała szarego odcienia. Wydawał się też od ostatniego spotkania stracić na wadze, chociaż minęło zaledwie kilka dni. Sayre zastanawiała się, czy szeryf jest chory, czy też był po prostu znękany sprawą. Beck poluźnił krawat i rozpiął guzik pod kołnierzykiem. Wyglądał jak człowiek, który przegrywa walkę ze swoimi demonami. Jedynie detektyw Scott wyglądał na podbudowanego takim obrotem spraw. Poprawił kaburę z pistoletem i rzucił:
Zastanawiała się przez chwilę.
naprawdę jest... Jeśli z kimś zaprzyjaźniamy się naprawdę, to taka przyjaźń chyba nigdy się nie kończy, prawda?
Nie po to przecież przebył pół świata, żeby teraz skręcić sobie kark.

wyglądając przez okno. - Taka młoda!

- Mam swoich informatorów... Nie potrafiłeś zostawić Henry'ego nawet wtedy, gdy zasnął. Nie mogłeś znieść my¬śli, że go zawiedziesz, jeśli się przypadkiem obudzi, a ciebie
Była siódma wieczorem. Mark siedział przy biurku w swoim gabinecie, bezskutecznie próbując pracować. Wszystko wydawało się jakieś... inne. Zawsze czuł się tak dobrze w Renouys. Tu mógł się odciąć od wszystkiego, cze¬go nie znosił, a teraz miał wrażenie, jakby jego ulubione miejsce ziało chłodem. Było tu nieprzyjemnie pusto i cicho.
wyglądał teraz znacznie sympatyczniej. Na jego twarzy był jednak smutek i zawstydzenie, które tylko na moment

Tego się nie spodziewała.

powolnym, zdecydowanym rytmie. Aż do końca.
Zwrócił się do niej po imieniu, co natychmiast zauważyła, ale postanowiła zignorować.
A to dopiero. Wreszcie ktoś w tym nienawistnym mieście okazał jej nieco

PROLOG Niektórzy powiadają, że nie mógł wybrać lepszego dnia na samobójstwo. W tamto niedzielne popołudnie odechciewało się żyć i większość żywych stworzeń ledwo dyszała. Powietrze było gęste, lepkie i gorące jak poranna zupa mleczna, wysysało energię życiową z każdej istoty, rośliny czy zwierzęcia. Chmury wyparowały w nieznośnym żarze. Wychodząc na dwór, miało się wrażenie, iż wstępuje się do brzucha wielkiego pieca hutniczego, jak te w odlewni Hoyle'ów. Wielki najedzony aligator wylegiwał się na słońcu w pobliżu zarośli na prywatnym terenie wędkarskim rodziny Hoyle'ów, z powodu kępy cyprysów rosnących pośrodku zalewiska zwanego Bayou Bosquet. W szklistych oczach zwierzęcia odbijał się rozżarzony błękit nieba. Z masztu stojącego opodal domku smętnie zwisała flaga stanu Luizjana. Cykady były zbyt leniwe, aby odgrywać swe zgrzytliwe serenady, chociaż od czasu do czasu któryś z owadów zakłócał rozespaną ciszę dnia kilkoma wydanymi bez przekonania dźwiękami. Ryby schowały się głęboko przy dnie, szukając cienia pod gęstym zielonym dywanem rzęsy. Tkwiły bez ruchu w cienistych, mętnych głębinach, od czasu do czasu wachlując skrzelami. Mokasyn błotny leżał bezwładnie na brzegu rozlewiska, groźny choć nieruchomy. Rozlewisko było siedliskiem ptaków, ale dzisiaj nawet one podsypiały w gniazdach, z wyjątkiem samotnego jastrzębia, który przycupnął na szczycie drzewa, dawno temu spalonego przez piorun. Szczątki giganta były tak ogołocone i zbielałe w słońcu, że wyglądały jak kości. Skrzydlaty myśliwy spojrzał na stojący na brzegu rzeki domek. Może dostrzegł mysz przemykającą pomiędzy palami zabezpieczającymi pomost wędkarski, ale najprawdopodobniej odezwał się w nim zwierzęcy instynkt, ostrzegający przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Huk wystrzału nie był tak głośny, jak można się było spodziewać. Powietrze gęste jak puchowa poduszka chyba zatrzymało i wyciszyło falę dźwiękową. Strzał nie wywołał wrażenia na mieszkańcach rozlewiska. Flaga nadal zwisała smętnie z masztu, spasiony aligator nie mrugnął nawet okiem. Wąż wślizgnął się do wody z cichym pluskiem, bynajmniej nie zaniepokojony, raczej urażony, że ktoś zakłócił jego niedzielną drzemkę. Jastrząb wzbił się w powietrze, bez wysiłku zataczając szerokie kręgi, unoszony gorącymi prądami powietrza. Obserwował teren w poszukiwaniu zdobyczy nieco atrakcyjniejszej niż mała myszka przyczajona pomiędzy drewnianymi żerdziami pomostu. Ani przez chwilę nie pomyślał o martwym człowieku w domku nad brzegiem rzeki. 1 - Pamiętasz Klapsa Watkinsa? - Kogo? - Tego gościa, który awanturował się w barze. - Czy mógłbyś mówić jaśniej? W jakim barze i kiedy? - Wtedy, kiedy pojawiłeś się w naszym mieście. - To było trzy lata temu. - Owszem, ale powinieneś to pamiętać. - Chris Hoyle pochylił się do przodu na krześle, jakby chciał w ten sposób wspomóc zawodną pamięć przyjaciela. - Przypominasz sobie tego krzykacza, który wywołał bójkę? Twarz, na której widok przestają tykać zegary? Ogromne uszy. - Ach, tego gościa. Tak. Tego z... - Beck przyłożył dłonie do skroni, parodiując gigantyczne małżowiny. - Stąd jego przydomek, Klaps - powiedział Chris. Beck uniósł jedną brew. - Gdy tylko zawiał wiatr, jego uszy...

- To zmartwienie zostaw mnie, Isabello, i rób swoją robotę. Masz kopię systemu zabezpieczeń?
padłem ofiarą niemądrego zakładu z przyjaciółmi. Uwierzyli mi, posłali po chirurga i
- Co zaś do osobistych korzyści - dodał po chwili - to można je różnie rozumieć, czyż nie?